Islandia część III. Czarne plaże, wodospady i noc w namiocie

You are currently viewing Islandia część III. Czarne plaże, wodospady i noc w namiocie

Islandia samochodem to jedna z lepszych decyzji, jakie podejmiesz – pod warunkiem, że niestraszny ci wiatr i zmienna pogoda w czerwcu. Marzysz o spaniu w namiocie na islandzkiej równinie? Chcesz zobaczyć czarne plaże z pyłem wulkanicznym? Podejść tak blisko wodospadu, że poczujesz, jak od zimnej mgły odpada Ci twarz? Zapraszam do lektury!

Poranek o zapachu gofrów

Wtorek obudził nas promieniami słońca, na które czekaliśmy z utęsknieniem.

Jeśli miałabym zarezerwować piękną pogodę na jeden dzień, wybrałabym właśnie ten. Nasze plany obejmowały bowiem mnóstwo czasu na zewnątrz, w tym oglądanie wodospadów. Tym razem mieliśmy szczęście.

Poranek w Loa’s Nest upływał leniwie w przytulnej, domowej atmosferze. Wychodząc z pokoju, już od progu uderzył nas zapach świeżych gofrów. Zachęceni wizją śniadania, szybko skierowaliśmy się do dużej wspólnej kuchni. Usiedliśmy obok dwojga młodych Amerykanów z Kolorado i zamieniliśmy z nimi kilka słów.

Wtedy ujawniła się moja kolejna typowo polska cecha: wstydzę się akcentu. Pierwsze dni za granicą zawsze przysparzają mi trudności z mówieniem po angielsku. Dopiero z czasem dochodzi do mnie, że akcent jest ostatnią rzeczą, jaką powinnam się przejmować.

Jeśli ktoś wmawia wam, że jest inaczej – nie wierzcie. Akcentów jest więcej, niż nacji na świecie. A dla przeważającej liczby osób, które spotkacie, najważniejszy będzie fakt, że w ogóle próbujecie się dogadać.

Nie bądźcie jak stereotypowy Japończyk, który wstydzi się swojej nieidealnej wymowy, a gdy ktoś zagai po angielsku, spuszcza głowę i ucieka w popłochu. Przez taki perfekcjonizm można wiele stracić 🙂

Wodospady z dziecięcych marzeń. Seljalandsfoss i Irafoss

Gdy mój mąż wyczerpał już limit darmowych gofrów na osobę, spakowaliśmy się do naszego dzielnego autka, aby wyruszyć dalej.

Tym razem mieliśmy na celowniku kilka wodospadów, z których – jak się okazało – każdy był inny. Pierwszy, najbardziej oblegany przez turystów, to wąski, choć urokliwy Seljalandsfoss, którego strumień wypada wprost z dawnego morskiego klifu.

wodospad seljalandsfoss
Wodospad Seljalandsfoss

Szybko zauważyliśmy, że większość osób pcha się do wręcz stworzonej do zdjęć, wystającej skałki. Grzecznie stanęliśmy w kolejce i poprosiliśmy czekającego obok Islandczyka o małą sesję. Coraz bardziej mokrzy, mrużący oczy przed rozpędzonymi kroplami wody i rozbawieni całą sytuacją, ustawiliśmy się do zdjęć, które ostatecznie nie wyszły zbyt dobrze.

A muszę przyznać, że wodospad Seljalandsfoss to wspaniałe miejsce dla fotografów. Już samo dotarcie do niego było dla nas estetycznie satysfakcjonującym przeżyciem. Właściwie z każdej perspektywy prezentuje się świetnie. Jego wąskie kaskady opadają po długiej ścianie klifu, wokół której krążą kolorowe mróweczki – ludzie wchodzący przed i za opadającą taflę wody. Dodatkowo jest to jedno z tych miejsc, w których faktycznie można wejść ZA wodospad.

Seljalandsfoss
Zieleń wokół wodospadu Seljalandsfoss

Gdy już nacieszyliśmy wzrok, wyruszyliśmy do znacznie mniej popularnego wodospadu Irafoss. Ta ukryta perełka umyka wielu turystom pomimo ładnej prezencji i łatwego dojazdu. W porównaniu z poprzednikiem był to maluszek otoczony skałami i soczystą zielenią, który ciągnął się długaśną, cienką serpentyną. Jednak to właśnie on jako pierwszy skradł moje serce.

Musicie bowiem wiedzieć, że od dziecka marzyłam o wodospadach. Wszystko przez fascynację disneyowską Pocahontas, w której to główna bohaterka skacze – a jakże – na tle wodospadu, z gracją godną zawodowej pływaczki.

Ta scena wzbudzała w moim dziecięcym serduszku wrażenie jakiejś nieokiełznanej wolności. Właśnie wtedy ukułam w głowie przekonanie, że muszę zobaczyć wodospad – najlepiej dokładnie taki, jak z bajki.

Przy Irafoss na Islandii otrzymałam to, czego oczekiwałam. Pozytywne wrażenie potęgował fakt, że byliśmy tam tylko ja i mój mąż. Wokół ani żywej duszy poza kilkoma owcami, które snuły się w oddali.

Irafoss i ja (oto, jak wygląda wodospad-maluszek na Islandii)

Spędziliśmy tam dobre 40 minut, robiąc zdjęcia, obserwując niesamowity krajobraz i czując się tak, jakbyśmy właśnie odkryli jakąś niesamowitą tajemnicę.

Monstrualny wodospad Skógafoss

Trzeci na naszej liście był monstrualny i głośny Skógafoss. Wodospad o wysokości 62 metrów, która czyni go jednym z największych na wyspie, powstał na odsłoniętym morskim klifie uformowanym pod koniec ostatniej epoki lodowcowej.

Jak nietrudno się domyślić, strumienie wody tego kolosa uderzają z olbrzymią siłą, dlatego w powietrzu ciągle unosi się wodna, chłodna mgiełka.

Tutaj ponownie trafiliśmy na turystów, choć było ich mniej niż na Seljalandsfoss. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że Skógafoss pojawił się w 5. sezonie serialu Wikingowie. Był jedną z pierwszych rzeczy, które ujrzał Floki tuż po przybyciu na Islandię.

Mój mąż został nieco w tyle, ustawiając aparat na statywie, żeby zrobić jak najlepsze ujęcie. Ja stopniowo podążałam w kierunku wodospadu, aby na własnej skórze odczuć moc tego kolosa. Wiedziona niewidzialnym magnesem, z każdym krokiem zbliżałam się do tafli wody. Gęstniejąca mgiełka wytwarzana przez jej zapętlone uderzenia i nagłe porywy mokrego wiatru sprawiały, że chwilami musiałam się odwracać i zasłaniać twarz.

W mojej głowie ścierały się sprzeczne uczucia. Z jednej strony oszołomienie i ekscytacja, że jestem tak blisko – jakby nie patrzeć – majestatycznego zjawiska przyrody, a z drugiej… jakiś dziwny, wychodzący z samych trzewi, wręcz pierwotny strach przed tym ogromem, który zmiótłby mnie w sekundę, gdybym podeszła kawałek bliżej.

Skogafoss-w-czerwcu

Żeby było śmieszniej, scenę z Flokim obejrzałam dopiero przy okazji tworzenia tego wpisu. Jak nietrudno się domyślić, doskonale rozumiem emocje tego bohatera 🙂

To było coś, co trudno opisać słowami. Taka chwila w życiu, w której robisz stopklatkę i zapisujesz w głowie nie tylko widok, ale też konkretne odczucia, jakie ci wtedy towarzyszą. Właśnie tym było dla mnie stanie oko w oko z wielkim wodospadem Skógafoss.

Skalne domy wikingów i czarna plaża

Po tych doświadczeniach odhaczyliśmy dwie kolejne, obowiązkowe atrakcje Islandii: siedziby wikingów i czarną plażę.

Słońce świeciło wysoko, przez co wikińskie domki budowane tuż przy skałach, otoczone żółtymi kwiatami i trawą, przywodziły mi na myśl chatki Hobbitów. Wybaczcie te ciągłe nawiązania do Tolkiena, ale Islandia mocno koreluje z wykreowanym przez niego światem.

dom-wikingów-islandia
domki-wikingów-islandia

Co ciekawe, gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, zza góry wybiegł piękny biały koń. Widok niecodzienny i trochę bajkowy. Biały koń na tym tle wydawał się tak perfekcyjny, że aż nierealny.

Na dowód, że nie zmyślam, mam dla was jego zdjęcie:

Koń Gandalfa?

Po chatkach wikingów dotarliśmy na czarną plażę w Vik o kolejnej skomplikowanej nazwie: Reynisfjara. Przez wielu uznawana za jedną z najbardziej malowniczych plaż świata, składa się z czarnego, połyskującego piasku, wulkanicznych klifów i formacji skalnych, które wysoko wyrastają z morza.

Czy spanie na Islandii w namiocie to dobry pomysł?

Było około 18.00, gdy dotarliśmy do miejsca noclegu. Spanie w namiocie na Islandii stanowiło kolejny, zaplanowany akt dramatu, jakim miało być moje wychodzenie ze strefy komfortu.

Jestem człowiekiem, który nie wymaga zbyt wiele. Jednak na koniec dnia chętnie korzystam z różnych wygód, jak np. toalety w hotelowym pokoju lub MAKSYMALNIE kilka kroków od niego.

Dlatego spanie w płóciennym namiocie na Farmhouse Iceland było takim małym wyzwaniem.

Na miejscu powitała nas uśmiechnięta dziewczyna z niebieskim eyelinerem na powiekach. Oprowadziła nas po całej farmie i zaprezentowała dużą część wspólną dla gości, która mieściła się w czymś w rodzaju nowoczesnej stodoły.

Potem wskazała nasz namiot, który – o zgrozo – był najdalej wysuniętym punktem na tym terenie. Znajdował się tak daleko od łazienki, jak tylko się da, co napawało mnie leciutkim strachem.

namiot-glamping-na-islandii

Na szczęście wystarczyła odrobina whisky w kubku do herbaty, abym odłożyła to zmartwienie na później.

Zaznaczę tylko, że nie spaliśmy w pierwszym lepszym namiocie. Można powiedzieć, że było tam jakby luksusowo. Właściciele umieścili w nim podgrzewany materac i małą, ale zawzięcie pracującą farelkę. Owszem, wychodziłam ze swojej strefy komfortu. Jednak nie do tego stopnia, żeby wpakować się pod jakąś lichą plandekę na miotanym wiatrem pustkowiu.

Słońce grzało do późnych godzin nocnych. Jak wspomniałam w poprzednich wpisach, w czerwcu na Islandii panują białe noce. Dlatego około 23.00 spacerowałam sobie po trawie w skarpetach, obserwując niby-zachodzące słońce nad nieskończoną, zieloną równiną.

glamping-islandia-vik

Przechadzaliśmy się po farmie pod czujnym okiem czających się w oddali owiec i ptaków. Dopiero gdy położyliśmy się do łóżka, zwierzaki nabrały śmiałości. Przerywały mój sen kilkukrotnie, becząc, wydzierając się i co jakiś czas urządzając rajdy dookoła namiotów.

Nie mam pretensji – w końcu to ich teren. My byliśmy tylko gośćmi, którzy dostosowali się do miejscowych zasad 🙂

Słońce, które nie zachodzi

Czy warto spać w namiocie na Islandii?

I tak, i nie. Jeśli chcesz przeżyć coś wyjątkowego, o czym możesz paplać znajomym i rozpisywać się na blogu, zrób to.

Jeżeli jednak Twoim celem jest nade wszystko wypocząć – radziłabym wybór innego miejsca.

Pomimo niewyspania, obudziłam się szczęśliwa. Wokół beczały owce, śpiewały ptaki, a znajdujące się nade mną płótno łopotało na silnym wietrze.

białe-noce-na-islandii
Zgadnij czy na zdjęciu widać noc, czy poranek na Islandii

Pomyślałam, że to ciekawe – po północy zamykasz oczy w rozświetlonym namiocie, aby następnego dnia otworzyć je w dokładnie takiej samej aurze: wibrującej jasności kolejnego islandzkiego poranka.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Pocztarek

    Wspaniale się czyta, a do tego te zdjęcia. Czuję jakbym tam była.

  2. Kati

    Świetny tekst, aż chce się więcej😊

Dodaj komentarz