Islandia część II. Reykjadalur: dzikie gorące źródła

You are currently viewing Islandia część II. Reykjadalur: dzikie gorące źródła

Czasem podróż nie idzie zgodnie z planem. To zupełnie normalne i – paradoksalnie – łatwe do przewidzenia. Im szybciej zaakceptujemy losowość zdarzeń, tym lepiej będziemy sobie z nią radzić. Dlatego dziś opowiem wam o widokach rodem z powieści Tolkiena i pouczającym zderzeniu oczekiwań z rzeczywistością.

Dolina Reykjadalur – dzika alternatywa dla Blue Lagoon?

Drugi dzień w niczym nie przypominał pierwszego. Podczas gdy w Reykjaviku zaliczyliśmy typowe „tourist experience”, tak dolina Reykjadalur dostarczyła nam zgoła odmiennych wrażeń.

Na każdej wycieczce mój mąż wyszukuje atrakcje w trybie „na gorąco”. Przed wyjazdem wiemy, jaką trasą chcemy się poruszać, ale część przystanków wybieramy dopiero podczas pobytu w danym kraju.

Powody są dwa:

  1. Nigdy nie wiemy, czy pogoda dopisze, jakie będzie nasze samopoczucie w konkretnym dniu, czy nie zrobimy sobie „kuku” już na początku podróży (a z moją tendencją do odcisków, obtarć i skręcania kostek – zgodnie ze słowami piosenki – wszystko się może zdarzyć).
  2. Na co dzień jesteśmy dość zajętymi ludźmi. Mamy sporo pracy i zainteresowań, przez co z czystej wygody i oszczędności czasu, podróżujemy na umiarkowanym spontanie.

Czym jest Dolina Reykjadalur i dlaczego warto ją odwiedzić?

Dolina Reykjadalur była jednym z tych spontanicznie wybranych przystanków. To popularny teren rekreacyjny, którego najważniejszą atrakcją jest gorący, górski strumień. W tej ciepłej rzece można wylegiwać się niezależnie od pory roku. Co ciekawe, w internecie często przedstawia się ją jako „dziką alternatywę” dla słynnego Blue Lagoon.

Czy warto zestawiać ze sobą te dwa miejsca? Byłam w obu i uważam, że porównanie jest nietrafione.

O Blue Lagoon będę rozpisywać się w późniejszych częściach. Dziś zostaniemy przy górskim strumieniu otoczonym bujną florą.

Dolina w kraterze wygasłego wulkanu

Do Reykjadalur wyruszyliśmy około 10 rano. Tym razem pogoda dopisywała. Pomimo chłodu, słońce świeciło i zachęcało do eksploracji otoczenia. Myślałam, że nie mogliśmy trafić lepiej.

Niestety pogoda na Islandii zmienia się szybciej niż mój nastrój przed okresem. Można powiedzieć, że tak szybkie uznanie warunków za sprzyjające, było naszym minibłędem numer 1.

Dolina znajduje się niedaleko Reyjkaviku. Szybko dojechaliśmy na miejsce „startowe” z płatnym parkingiem i toaletą, w której przebraliśmy się w stroje kąpielowe. Byłam ubrana w legginsy, koszulkę, polar i przeciwdeszczową kurtkę, a także nowiutkie buty trekkingowe z grubą podeszwą. Zaznaczę, że założyłam je po raz pierwszy, gotowa na długie, intensywne chodzenie.

Dumna z własnego rozsądku, ruszyłam przed siebie z przekonaniem, że moje stopy przetrwają w tych butach wszystko. I to był minibłąd numer 2.

Niezły początek trasy

Wystartowaliśmy. Na początku całkiem stromym szlakiem pod górę, pewni tego, że zaraz zrobi się płasko. Wystarczyło jedno zerknięcie w nasze niezastąpione Google Maps, aby zrozumieć, że czeka nas 3,5 km drogi i to wcale nie lekkiej.

Dolina Reykjadalur

Chwilę po naszym starcie, lunął solidny deszcz. Żadna tam niemrawa mżawka z poprzedniego dnia, tylko TOTALNA ULEWA. Taka, że ledwo widzisz na oczy, choć błoto pod stopami wymusza analizę każdego kolejnego kroku.

Po pół godziny wędrówki czułam, że polar i czapka lepią się do ciała, a w bucie – przez ciągłą zmianę pozycji stopy przy chodzeniu raz w górę, raz w dół – dzieje się coś niepokojącego. Mój mały lewy palec, nie wiedzieć czemu, coraz mocniej pulsował z bólu.

Jednak byliśmy już na tyle daleko, że nie chcieliśmy się cofać. Jedną z moich sztandarowych cech jest bowiem ośli upór. Dlatego nie było mowy o powrocie – twardo szliśmy przed siebie. Spoceni, w deszczu, z moim małym palcem wołającym o pomstę do nieba.

Jak zawsze patrzę na pozytywy

Tak jak przy poprzednim wpisie, tak i tu nie dajcie się zwieść pozornemu dramatyzmowi. Lubię opisywać sytuacje takimi, jakie były. Nie upiększam na siłę, bo po co?

Jednak ponownie chcę przedstawić wam ogromne zalety położenia, w jakim się znaleźliśmy.

Przez te 3,5 kilometra w tym fizycznym dyskomforcie, moje oczy chłonęły – co prawda z przerwami na gapienie się pod nogi – niesamowity krajobraz rodem z powieści Tolkiena. Jak przez całe życie marzyłam o Nowej Zelandii, tak tutaj poczułam, że zaliczam coś podobnego.

Ten wyjątkowy foto-spot

Dookoła mnie roztaczał się rudo-zielony dywan przeplatany serpentyną rzeki i przedzierany gdzieniegdzie czarnymi, kamienistymi zboczami. W jednym miejscu znaleźliśmy tak cudowny foto-spot, że mimo deszczu bezlitośnie smagającego twarze, spróbowaliśmy zrobić wspólne zdjęcie.

Co chwilę – raz trzęsąc się z zimna, raz pocąc jak mysz – zatrzymywałam się w niemym zachwycie, obserwując otoczenie znane mi do tej pory jedynie z filmów i zdjęć.

Kąpiel w górskim strumieniu Reykjadalur, czyli tyłkiem po kamieniach

Minęliśmy gotujące się błoto, wodospad, zagrodę z końmi, kolejne pagórki. Jakieś 3 razy myśleliśmy, że jesteśmy na finiszu. Jednak za każdym razem okazywało się, że za zakrętem czeka nas kolejny niemały odcinek marszu.

Przez większość czasu szliśmy tuż obok ciepłej rzeki, w której dopiero w konkretnym, przeznaczonym do tego miejscu mieliśmy się zanurzyć.

Dotarliśmy na miejsce, do strefy z drewnianą kładką i czymś na wzór „przebieralni”, ale bez żadnych drzwi czy zasłonek.

Deszcz lał w najlepsze. Możecie sobie wyobrazić, jak ciężko było ściągnąć przemoczone do suchej nitki legginsy i zmusić się do wejścia do kamienistej, a do tego bardzo, ale to bardzo płytkiej rzeki.

Gorące źródła Reykjadalur

Mój mąż wyplątał się z ubrań jako pierwszy, ja chwilę po nim. Syczeliśmy z bólu stąpając, a następnie kładąc się na twardych, śliskich kamieniach. Temperatura wody wynosiła około 40 stopni, ale przez deszcz nie czuliśmy aż tak przyjemnego ciepełka i komfortu, jakiego można by oczekiwać.

Ponownie widoki ratowały sytuację. Poza tym zaliczyliśmy to przeżycie do swojej kolekcji nietypowych doświadczeń.

Zakończenie drugiego dnia na Islandii

Posiedzieliśmy w wodzie około 20 minut. Po chwili zaczęliśmy kminić, jak i gdzie przebrać się w coś suchego (czy raczej: suchszego).

Rozglądając się dookoła, doszłam do wniosku, że ludzie albo uprawiają rozpaczliwą gimnastykę, ukradkiem wciągając majtki i staniki pod ręcznikiem, albo zwyczajnie, bez skrępowania świecą gołym tyłkiem. Jak większość z was, wychowałam się w Polsce – kraju, w którym wstyd przed nagością jest chlebem powszednim. Dlatego wybrałam opcję numer 1, co przysparzało trochę trudności.

Gdy – z niemałym wysiłkiem – udało mi się wcisnąć mokre od wody i deszczu ciało w każdą część garderoby, spojrzałam na mały palec swojej lewej stopy. Skurczybyk zrobił się siny. Zauważyłam, że przytwierdzony do niego paznokieć lekko się rusza. Najwyraźniej miał dość nierozsądnej właścicielki i postanowił się ewakuować. W rezultacie już drugiego dnia straciłam paznokieć. Nie był to pierwszy i – z całą pewnością – nie ostatni raz. Zrobiłam jak zawsze: plasterek i jedziemy dalej.

Powrót minął szybciej, choć deszcz pokazał, że stać go na więcej i lał jeszcze mocniej.

Trzecią noc na Islandii spędziliśmy w Loa’s Nest. To duży, zadbany dom pachnący konfiturą i goframi, które właściciel smaży każdego ranka. Obiekt jest położony na bezkresnym, zielonym terenie. Dookoła nie ma prawie nic. Cisza, ciepło i spokój, konie snujące się w oddali i maleńki domek elfów przed wejściem – wszystko to zgrało się z powoli wygasającym dniem.

Wnioski

Na koniec pokuszę się o wysnucie z tej relacji jakiejś życiowej nauki:

Zanim rozpoczniecie własną podróż przez Śródziemie, ROZCHODŹCIE swoje buty. Nawet górskie, ultra wygodne obuwie, powinno najpierw „polubić się” ze stopą.

Dodaj komentarz