Islandia część I. Moje (często sprzeczne) wrażenia z Reykjaviku

You are currently viewing Islandia część I. Moje (często sprzeczne) wrażenia z Reykjaviku

Zacznijmy od tego, że mam w sobie ogromną potrzebę poznawania nowych miejsc. Pomimo wrodzonego domatorstwa, lubię zwiedzać. Niezależnie od tego, czy jadę na syfiaste jeziorko w okolicy, nad którym jeszcze jakimś cudem nie byłam, czy na drugi koniec świata – poruszę niebo i ziemię, żeby się gdzieś wybrać.

W tym tekście chciałabym podsumować swój niedawny wypad do Islandii. W czerwcu zwiedziłam z mężem całkiem spory kawałek tego kraju.

Jeśli chcesz wiedzieć, czy warto pojechać na Islandię latem i spędzić tam kilka dni urlopu – może znajdziesz odpowiedź w tym luźnym streszczeniu moich wspomnień.

Pogoda na Islandii. Wieczór i poranek we mgle

Na Islandię przylecieliśmy około godziny 19.00 czasu lokalnego. Powitał nas mrok i mżawka. Bez większego entuzjazmu odkryliśmy, że mimo umówionej godziny firma, od której wynajmujemy auto, nie spieszy się z odebraniem nas z lotniska. Odczekaliśmy niecałe 30 minut i zadzwoniliśmy pod podany numer. Oczywiście odpowiedzieli, że „już jadą”.

Po otrzymaniu wygodnego, budżetowego samochodu, ruszyliśmy w kierunku pierwszego noclegu. Była to przerobiona na apartament piwnica ogromnego domu, z osobnym wejściem, niewielką kuchnią i łazienką. Znaleźliśmy ją na Airbnb. Pozytywne opinie zachęciły nas do zrobienia z niej pierwszego przystanku na Islandii.

I słusznie, bo w letnich miesiącach panują tam tzw. białe noce. Od maja do sierpnia praktycznie nie robi się ciemno. Dlatego zawczasu wyposażyliśmy się w specjalne opaski na oczy. Na szczęście w naszej ekskluzywnej piwnicy było na tyle ciemno, że przez pierwsze 2 dni wcale nie musieliśmy z nich korzystać.

Po przebudzeniu od razu pobiegłam na zewnątrz, aby sprawdzić pogodę. Poranek niespecjalnie różnił się od zmierzchu. Ogród i trawnik, na który wychodziły drzwi apartamentu, były spowite gęstą jak mleko mgłą. Nadal lekko wiało i padało, ale moja ekscytacja nowym miejscem skutecznie stłumiła pierwsze, dość ponure wrażenie.

Warto podkreślić, że nie był to łatwy dzień. Znajdowaliśmy się w okolicy Reykjaviku, który pierwotnie chcieliśmy zwiedzać na samym końcu wycieczki. Nie udało się.

Po przejściu kilku kilometrów po pobliskiej plaży i wylądowaniu autem gdzieś pośrodku niczego, w akompaniamencie beczących owiec i drących się, gigantycznych gęsi, uznaliśmy, że czas się poddać. Deszcz padał coraz mocniej, powoli odczuwaliśmy głód. Reykjavik jawił się jako jedyne rozsądne rozwiązanie.

Czy na Islandii jest drogo? Tak, ale można przyjanuszować

W Reykjaviku zaliczyliśmy szybki powrót do cywilizacji. Przed oczami mieniły się urocze sklepiki z pierdołami, grupy turystów, kolorowe restauracje zachęcające zapachami i straszące cenami. Tak, jak przy okazji innych wycieczek, tak i tutaj z pomocą przybyło nam boskie narzędzie każdego współczesnego podróżnika: Google Maps. Szybko wyszukaliśmy tanie, rekomendowane restauracje, żeby znaleźć coś dla siebie.

Po obejrzeniu mnóstwa magnesów, runicznej biżuterii, książek przybliżających islandzkie legendy i folklor, wylądowaliśmy w kebabie. Tak, wiem – żenada, nic lokalnego. Jednak uwierzcie mi, że trudno było znaleźć coś, co nie budziłoby mojego obrzydzenia na dzień dobry, jak np. gotowana głowa owcy, albo nie kosztowałoby milionów monet. A w tamtym momencie, wiedząc, że przed nami jeszcze 6 dni funkcjonowania w tym kraju, woleliśmy zjeść coś a) zawierającego dużą ilość warzyw [wybrałam opcję wege], b) sycącego, c) bezpiecznego.

Po zaspokojeniu tej podstawowej potrzeby życiowej, byliśmy gotowi na podbój kolejnych ulic Reykjaviku.

Dlaczego Reykjavik był dla mnie najsłabszym punktem wycieczki?

Tytuł tego nagłówka może zaskakiwać. Jednak nie zrozumcie mnie źle – nie chodzi o to, że Reykjavik nie jest fajnym miastem. Tego dnia, w którym był pierwszym, wstępnym punktem naszej wyprawy, wydawał się bardzo w porządku.

Ot, kolejna stolica, która ma do zaoferowania niewiele więcej niż jej poprzedniczki z innych państw (jedynym wyjątkiem od tej reguły jest dla mnie Tokio).

Oczywiście TO KWESTIA GUSTU i preferencji. Tak się składa, że na mnie najbardziej oddziałuje przyroda. I to niekoniecznie taka, która zapiera dech w piersiach.

Lubię ukryte perełki, ale też zupełnie zwyczajne, mniej oblegane lokacje, które na pierwszy rzut oka nie są jakieś wyjątkowe. Lubię usiąść na brzegu skały i gapić się przez kilka minut w przestrzeń, zastanawiając się, jacy ludzie byli tu przede mną i co mieli w głowach, spoglądając w tym samym kierunku. Dotykam trawy, roślin, kamieni, sprawdzam ich fakturę. Biorę głęboki oddech, aby poczuć, jak po całym moim ciele rozchodzi się powietrze, od którego jeszcze przed chwilą dzieliły mnie tysiące kilometrów.

To są moje potrzeby. Jednocześnie wiem, że w niektórych większe emocje wywołują duże, pełne atrakcji miasta.

Ok, ale co mi się podobało?

Nasze wycieczki są typowo chodzone. Nawet jak mamy auto, wolimy się przejść i dotrzeć o własnych siłach np. do ciekawego muralu z motywem z gry Mario Bros. Niby nic takiego, a cieszy.

Przez kilka godzin wędrowaliśmy po Reykjaviku i to dało nam jako-taki wgląd w wewnętrzne życie miasta. Urzekły mnie przede wszystkim wielobarwne, urocze domki z ogródkami, przy których często wylegiwały się koty w obróżkach. Koty zadbane, dobrze wykarmione, ze spokojem śledzące nas wzrokiem, gdy przemykaliśmy bocznymi ulicami bez większego celu, ukradkiem zaglądając ludziom w okna (z ciekawości, przepraszam).

Moją uwagę zwróciła też ciekawa architektura, m.in. Harpa – siedziba opery, która swoim wyglądem nawiązuje do islandzkiej natury (jej betonowe ściany są barwione popiołem wulkanicznym), czy Hallgrímskirkja – modernistyczna katedra luterańska, będąca drugim najwyższym budynkiem w Islandii.

Jednym z bardziej fotogenicznych miejsc w Reykjaviku jest tęczowa ulica prowadząca do wspomnianej wyżej katedry. Możecie znać ją z Instagrama. Każdy porządny influencer już dawno zrobił sobie zdjęcie na jej tle.

Co ciekawe, Reykjavik jest stolicą o małomiasteczkowym klimacie. Pomimo dużej liczby turystów, można znaleźć tam sporo spokoju i oddechu od rozpędzonej codzienności. Szybko uznałam, że gdyby był powód, to mogłabym zamieszkać tam nawet na kilka lat.

Hallgrímskirkja

Ale jak już wspomniałam, zwiedzanie Reykjaviku okazało się najsłabszym punktem tej wycieczki. Głównie dlatego, że kolejne dni były przepełnione zwalającą z nóg przyrodą i przygodami, podczas których przełamywałam swoje wewnętrzne granice 🙂

Gra w rzutki i podrabiany zespół Kiss

Gdy dzień zbliżał się ku końcowi, a wciąż tak samo jasne, nieprzeniknione niebo wcale na to nie wskazywało, spędziliśmy kilka godzin w okolicznym barze. Znajdujący się około 20 minut od naszej piwnicy, oferujący grę w szachy i rzutki w oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru: cover band zespołu Kiss, był dość mały, obskurny i na swój sposób intrygujący.

Po dwóch godzinach czekania, na scenie pojawili się faceci pod 40., ubrani i wymalowani jak słynne ikony glam rocka. Nie zachwycali wokalnie, często wręcz fałszowali. Nadrabiali natomiast urzekającą pewnością siebie.

Mało co cenię tak, jak ludzi mających hobby. Inspirują mnie i zachęcają do eksplorowania zupełnie nowych obszarów bez oceniania samej siebie na każdym możliwym kroku. Hobby to niesamowita rzecz – robisz coś, bo lubisz. Nie dążysz przy tym do perfekcji. Progres jest tylko ewentualnym skutkiem ubocznym czynności, którą wykonujesz dla frajdy, satysfakcji, relaksu.

Po północy – czyli na nasz „polski czas”, w którym wciąż funkcjonowaliśmy, około 2 rano – lekko głusi i dziwnie podchmieleni po dwóch piwach, wróciliśmy do naszej piwniczki. Z głową pełną nieco pokaleczonych fragmentów piosenki „Rock and Roll All Nite”, zasnęliśmy, rozmawiając o tym, co czeka nas kolejnego dnia.

Tej nocy śniłam o wielobarwnych, płynących po morzu domkach i kotach skąpanych w gęstej, śnieżnobiałej mgle.

Ten post ma jeden komentarz

  1. Olo

    Pięknie opisane, czekam na więcej 🙂

Dodaj komentarz